Jacek Podsiadło to żenujący, nieustannie rozczulający się nad sobą, żałosny buc. Tak przynajmniej uważa Jaś Kapela. Pisze o tym na swoim blogu, gdzieś między postami dotyczącymi swojej małej epopei medycznej (problemy z palcem) i drobnych niedogodności we własnym życiu, co budzi tym większą konsternację. Ale mniejsza o Jasia i międzypoetyckie wojny podjazdowe. Zmieszanie Podsiadły- poety, którego kiedyś czytałem w kółko, obłędnie - z kałem, zmusiło mnie do wzięcia Jac-Po ponownie w czytelniczy krzyżowy ogień.
No i obronił się Jacek P. To prawda, że strzela swoimi wierszami często na odlew, nieprecyzyjnie i grafomańsko, ale 'Friedrich Hoelderlin pisze a potem drze na strzępy list do Georga Wilhelma Friedricha Hegla', 'Byle do łodzi', 'Brother death blues', 'Bezcelowy wiersz', czy wreszcie cykl dedykowany Annie Marii to absolutne majstersztyki, porażające celnością, autentyzmem i swoistym, podsiadlanym artyzmem. A wiersze przeciwko państwu, czy dotyczące relacji człowiek-natura obalają zarzut jakiegoś tematyczno-lirycznego autyzmu.
Inna sprawa, że nie wiem jak można nie rozczulać się nad sobą. Przecież w ostatecznym rozrachunku jesteśmy dla samych siebie jedynymi żywicielami, ojcami, matkami i kimkolwiek innym. Nie mówiąc już o tym, że wiersze wypływające w własnych, osobistych doświadczeń, są daleko ciekawsze od wyabstrachowanych neolingwizmów, pustych zabaw formą lub językiem.
20080423
Subskrybuj:
Posty (Atom)